Jak co roku, w dniu 11 listopada Obóz Wielkiej Polski wziął udział w Marszu Niepodległości. Chociaż mam wiele zastrzeżeń co do charakteru Marszu oraz działań organizatorów, to jednak święto niepodległości upamiętnić trzeba. Organizator Marszu, czyli Ruch Narodowy, jak zwykle wszystko przedstawił na swoją modłę, co bardziej niewygodne fakty zamiatając pod dywan. Tymczasem moje przemyślenia i obserwacje zasadniczo różnią się od tego, jak wydarzenia w Warszawie przedstawiają media i Ruch Narodowy.

 

Na Marszu Niepodległości byłem nie pierwszy raz. Jeszcze rok temu na Marsz jechałem jako działacz Brygady Lubelskiej ONR. Bieg wydarzeń sprawił jednak, że w tym roku jechałem już jako aktywista OWP, odżegnując się od sposobu funkcjonowania ONR. Jednak zarówno wtedy, jak i dziś mam te same mieszane uczucia, co do przebiegu wydarzeń i tego jak przedstawia je sam Ruch Narodowy. Do Warszawy dotarłem przed południem, już podczas podróży obserwowałem wzmożoną aktywność policji. Obecność wzmocnionych patroli nawet w mniejszych miejscowościach wywołała u mnie lekki ubaw. Widać że System boi się, co do tego nie mam wątpliwości. Kilka dni przed Marszem docierały do mnie sygnały o możliwej prowokacji, szczególnie w najbardziej drażliwym punkcie Marszu, czyli na moście Poniatowskiego.

 

Pierwsza rzecz, jaka rzuciła mi się w oczy, tuż po dotarciu na miejsce zgromadzenia uczestników to dużo mniejsza liczba ludzi, niż jeszcze rok temu. Tak naprawdę nie wiem, jaka liczba ludzi wzięła udział w tegorocznym Marszu Niepodległości, jednak było ich znacznie, znacznie mniej niż rok temu. Jeśli przyjmując że rok temu zjawiło się ok 100 000 uczestników, to w tym roku moim zdaniem było dużo mniej ludzi. Ile dokładnie, trudno mi określić,może 40000, może nawet i 60000. Ale nie więcej. Jeśli więc media czy RN podają, że zjawiło się również 100 000 ludzi, to mija się to z prawdą.

 

Gdy na miejscu rozwijaliśmy nasze banery, zaczepiła nas grupka młodzików w kamizelkach Straży Marszu Niepodległości. Zbierali datki na Marsz. Tak twierdzili, odparłem jednak, że jeśli zbierają na RN to nie dam złamanego grosza. I poszli sobie. Gdy ruszaliśmy z miejsca, zauważyłem wzmożony ruch zamaskowanych osobników (kominiarki z logo Wisły Kraków, z wizerunkiem trupiej czaszki itp.). Biegli gdzieś do przodu, jedni dopiero w biegu wkładali maski na twarz. Dziwna sprawa. Straż Marszu w ogóle nie reagowała, o ile widziała tych ludzi. A może nie chciała widzieć?

 

Krótko po starcie zaczepiła mnie grupka działaczy pewnej brygady ONR. Jęczeli trochę, że oczerniam ONR, chwilę porozmawiali, po czym oddalili się skandując hasło „Ruska kurwa..”. Jednak miałem nieskrywaną satysfakcję że przez kilka minut szli pod banerem Dzielnicy Lubelskiej OWP, nawet nie dostrzegając w czyim towarzystwie idą. Później straciłem ich z oczu.

 

Cały Marsz aż do mostu Poniatowskiego dotarł spokojnie, nie było żadnych incydentów, gdzieniegdzie ludzie odpalali race, ale nie dostrzegłem żadnych niepokojących sygnałów prowokacji. Niepokoje zaczęły się dopiero gdy przekraczaliśmy most. Znowu zamaskowane osobniki zaczęły biec do przodu. W moim odczuciu było to wczesniej uzgodnione, nikt nie reagował. Doskonale wiedzieli co robią. Gdy docieraliśmy do końca mostu, usłyszałem komunikat organizatora, który przez megafon ostrzegał, że prowokatorzy którzy oddalą sięod uczestników i wyjdą poza trasę marszu, będą traktowani jak osoby poza Marszem. Kierujący Marszem wydawał komunikaty o zachowaniu spokoju oraz nieatakowaniu policji. W pewnym momencie jego samochód zjechał jednak na bok, zatrzymał się, po czym przez megafon znowu dał komunikat, by kontynuować pochód. Czy nie wiedział co robi? W tym czasie zamaskowani napastnicy atakowali jużkordon policji, policja rozpyliła gaz obezwładniający, wielu uczestników zaczęło się dusić. Ludzie przez chwilę zupełnie nie wiedzieli, co robić dalej. Czy iść, czy wycofać się.Komunikat z megafonu instruował by marsz kontynuować, by robićswoje. W tym czasie straciłem z oczu nasze pozostałe banery. Podjąłem więc decyzję, by mimo gazu drażniącego drogi oddechowe, kontynuować marsz aż pod Stadion Narodowy. W międzyczasie karetki pogotowia ratunkowego krążyły w te i z powrotem, wywożąc kogoś. Później dowiedziałem się już z TV,że wywozili członków Straży Marszu Niepodległości, zaatakowanej (rzekomo) przez zamaskowaną chuliganerię.

 

Gdy dotarliśmy do miejsca docelowego, panował spory chaos. Ludzie szli już, jak gdyby aby przed siebie. Ja wraz z pozostałymi niosącymi baner, dotarliśmy bezpośrednio pod scenę, na której przemawiały później tuzy z RN. Bałagan, ponieważ jedni atakowali policję, ta znów odpowiadała gazem, co powodowało duszności nawet przemawiającym na scenie. W pewnym momencie policja wdarła się na teren gromadzenia się uczestników Marszu. Wycofaliśmy się z naszym banerem pod ogrodzenie Stadionu Narodowego, oczekując na przybycie pozostałych naszych działaczy. W mojej ocenie panowałzupełny bałagan, nikt nad niczym nie panował. Ludzie byli zdani wyłącznie na siebie.

 

Ruch Narodowy twierdzi, że z zadymiarzami nie ma nic wspólnego. Podobnie jak rok temu, tak i teraz mam prawo uważać inaczej. TVP Info zdołała zarejestrować moment, w którym Straż Marszu Niepodległości wpuszcza za swoje szeregi zamaskowanych mężczyzn atakujących wcześniej policję. Potem rzekomo ci sami ludzie mieli atakować Straż Marszu. Z doświadczenia zawodowego wiem jednak, że prawdziwy atak na formację porządkową wygląda zupełnie inaczej. Z moich obserwacji, jakie posiadam z pracy przy obstawie imprez masowych, wiem, że autentyczny atak wygląda zawsze tak, że napastnicy uderzają w grupę ochroniarzy z całym impetem i przy użyciu wszystkiego, co znajdzie się pod ręką – sztachety wyrwane z płotu, kamienie, łańcuchy, pałki teleskopowe, kastety itp. Podczas pracy przy obstawie meczu, kilka lat wcześniej, miałem okazję obserwować jak wygląda natarcie ultrasów na ochroniarzy. Nie cackali się, tłukli czym się dało. Ochrona spacyfikowała atakujących dopiero przy użyciu gaśnic z gazem pieprzowym. Są to miotacze gazu, dużej pojemności, wyglądem przypominające gaśnice strażackie. Rozpylają gaz powodujący rażenie dróg oddechowych, czym de facto pacyfikują grupę atakującą. Atak na Straż Marszu był tymczasem dość łagodny, w mojej ocenie SMN nie była zagrożona aż tak agresywną ekipą, jak ja podczas meczu. I jestem pewny, że gdyby SMN znalazła się w takich kleszczach jak służby porządkowe na meczach piłkarskich, wówczas bardzo wielu strażników znalazłoby się na oddziałach intensywnej terapii, o ile nie w kostnicach.

 

Nie wiem, czy SMN i organizatorzy Marszu Niepodległości współpracowali z atakującymi, jak również z policją. Nie mam na to dowodów. Jednak przebieg zdarzeń i znajomość funkcjonowania formacji przeznaczonych do ochrony imprez masowych pozwala mi przynajmniej wysunąć przypuszczenie, że całość zadym była wcześniej z góry ustalona. A każdy odegrał w tym spektaklu swoją rolę.

 

StrażMarszu Niepodległości powołana została do zapewnienia porządku na zgromadzeniu publicznym, jakim jest Marsz Niepodległości. Nie wiem, w jaki sposób ma wywiązywać się ze swojego zadania, bez uprawnień i sprzętu jaki posiadają kwalifikowani pracownicy ochrony na imprezach masowych. W przypadku brutalnego ataku, ci ludzie nie mają żadnych szans w starciu z dobrze uzbrojonym i zdeterminowanym agresorem. Nie mając stosownych uprawnień, w rozumieniu Ustawy o ochronie osób i mienia, członek SMN nie ma prawa nawet palcem dotknąć kogokolwiek. Ktoś powie, że sąprzecież szkoleni. Najwidoczniej nie przećwiczyli wszystkich scenariuszy zdarzeń, jakie mogą ich spotkać. Jeżeli członka SMN zaatakuje uzbrojony choćby w nóż napastnik, to bez odpowiednichśrodków przymusu bezpośredniego, może być z nim bardzo krucho. Chyba że wcześniej trenował jakiś sport walki i wie, co w danej sytuacji zrobić. Ale chyba nie każdy w SMN posiada umiejętności rodem z Zielonych Beretów.

 

Poniżej kilka zdjęć z Marszu Niepodległości. Jedno jest zrzutem ekranowym z serwisu informacyjnego TVP Info. TVP udało się bowiem uchwycićbardzo zagadkowy moment, w którym Straż Marszu przepuszcza zamaskowanych ludzi w tłum. Jeśli nie jest to element współpracy, to jak to nazwać?

Na innym zdjęciu widać (zaznaczonych strzałkami) ludzi w maskach biegnących na czoło Marszu przez most Poniatowskiego. Równieżnikt nie reagował i nie wykazał zainteresowania, w jakich celu udają się na czoło pochodu.

 

Daniel Sycha